Bio

8

Marcin Kruk

wokalista, autor tekstów, gitarzysta, kompozytor, konferansjer.

Na scenie od 2013 roku. Zagrał ponad 100 koncertów w miastach całej Polski. W lipcu 2015 ukazała się jego solowa płyta zatytułowana "Życie Pełne Życia" wydana przez agencję Promoters.

W twórczości porusza się głównie w obrębie rocka, bluesa, choć nie ucieka od nawiązań do reggae czy r'n'b. W warstwie słownej nieustannie bawi się znaczeniami, daje pozytywny przekaz, skłania do refleksji, choć nierzadko w humorystyczny sposób. Inspiruje się tekstami takich artystów jak Piotr Bukartyk, Łona, Artur Andrus, Chonabibe czy Grubson.

Występuje solowo, w składach akustycznych, z zespołem oraz z raperem Dolarem, z którym razem tworzą projekt Freestyle LiveAct.

Nagrody:

07.2015 Marcin Kruk & Karol Zieliński – festiwal „Wielki Ogień” w Ostrowcu Świętokrzyskim – wyróżnienie za wykonanie utworu Miry Kubasińskiej „W co mam wierzyć”

04.2016 Kruk, Zieliński, Suszko – festiwal poezji Śpiewanej w Puławach – III miejsce

A poniżej trochę o tym, jak to się wszystko zaczęło .... 🙂

To jest prawdziwa historia spełnienia marzenia, wzięcia życia za bary, ruszenia pupy z fotela i pójścia prosto do celu. Podróż od muzykanta amatora, do wydania profesjonalnej płyty w dwa lata. Było łatwo? Nie. Było warto? Tak. Czy mogłem to zrobić szybciej? Jasne. Czemu tego nie zrobiłem? Bo nie, trzymałem swoje tempo, tak żebym to ja czuł się dobrze z tym, co robiłem. A oprócz tego robiłem mnóstwo innych rzeczy niezwiązanych z muzyką.

Zaczęło się parę dni przed moimi 27. urodzinami (kwiecień 2013). Pamiętam to jak dziś, chyba od razu wiedziałem, że to będzie ważny moment dlatego wyrył mi się w pamięci, mimo że obiektywnie mówiąc, nic się nie stało. Nie potrącił mnie samochód, nie rzuciła mnie dziewczyna, nawet nie uderzyłem głową w ścianę... nic. Właśnie tego dnia, siedząc i gapiąc się w okno, za którym zachodziło słońce stwierdziłem, że chcę by muzyka stała się w moim życiu czymś więcej niż hobby.

Mała retrospekcja

Muzyka była w moim życiu obecna od zawsze. Już, gdy byłem dzieckiem, tata podczas wszystkich imprez wyśpiewywał i wygrywał na gitarze znane jemu i  obecnym piosenki biesiadne i turystyczne. Było ich mnóstwo.

Gdy miałem 7 czy 8 lat rodzice zapisali mnie do szkoły muzycznej, bo miałem ku temu predyspozycje. W szkole muzycznej mi się nie spodobało, do mojej grupy wiekowej byłem zbyt uzdolniony, nudziłem się. Do starszej się jeszcze nie nadawałem. Zostałem więc hardcorowym 8-latkiem, który uciekał z zajęć dodatkowych. Wolałem kopać piłkę. Rodzice skapitulowali, muzyka została zarzucona.

9Gitara

Co nie udało się rodzicom, udało się kolegom z klasy w gimnazjum. Zaczęli grać na gitarach, zacząłem i ja. Jako, że jestem leworęczny od razu wziąłem gitarę odwrotnie niż wszyscy i wydawało się, że idzie mi całkiem nieźle. Pierwszą gitarę dostałem w wieku lat 14. To była hiszpańska gitara klasyczna, niedroga, ale o fantastycznym brzmieniu. Pomagał ją wybierać mój pierwszy nauczyciel. Chociłem do niego przez 3 miesiące, ale nauczył mnie podstaw – prawidłowej postawy i stawiania palców na gryfie. Pierwszy riff jakiego się nauczyłem to było „Come as you are” Nirvany. To było tylko kilka dźwięków, ale kiedy je grałem wydawały mi się najpiękniejszą melodią świata.

Oczywiście na topie było mocne granie, więc gitara klasyczna szybko przestała wystarczać. Rok po zakupie klasyka, dostałem elektryka – najtańszego chińskiego Ibaneza. Na lekcje gitary elektrycznej chodziłem przez rok, troszkę poduczyłem się techniki, ale tylko troszkę. To była moja ostatnia edukacja muzyczna w młodzieńczym wieku.

Przez długi czas, grałem trochę lepiej niż ogniskowo, miałem w miarę poprawną, ale nie za bardzo rozwiniętą technikę gry. Ratowała mnie wyobraźnia muzyczna. Lubiłem kombinować i komponowanie przychodziło mi z łatwością. Gorzej było z głosem.

Głos, a raczej jego brak

Śpiewu nikt mnie nigdy nie uczył, zaczęły się dziewczyny, gitara zaczęła się przydawać jako skuteczny element podrywu. Nie jedną imprezę przechlałem i prześpiewałem do rana, żeby zaimponować płci pięknej, no cóź...działało 🙂 Skończyło się za to nie najlepiej. Po jednym z ostrzejszych wyjazdów studenckich, głos zanikł i nie chciał już wrócić do normy, okazało się, że mam naczyniaka na strunie głosowej.

W lipcu 2007 roku przeszedłem operację krtani. Naczyniaka wycięto, przez miesiąc pisałem na karteczkach zamiast mówić. Od tamtej pory mówiłem i śpiewałem bardzo ostrożnie na zaciśniętym gardle, co paradoksalnie wcale nie pomagało, ale bałem się inaczej. Krótko przed podjęciem decyzji, poszedłem jeszcze raz do foniatry (taki lekarz od głosu) dowiedzieć się jak też ta moje krtań wygląda. Wszelkie zajęcia wokalne zostały mi odradzone. Ale postanowiłem zachować się po polsku: Ja nie będę śpiewał?

Ten dzień10

Wróćmy do dnia przed 27. urodzinami. Była melodia, którą zacząłem tworzyć jakiś tydzień wcześniej, tego dnia wyklarowała się w krótki, prawie 2-minutowy utwór instrumentalny. Jest nietypowa, oparta na dysonansach, trochę smutna i trochę tajemnicza. Kiedy zagrałem po raz pierwszy cały ten utwór pomyślałem: „Jeśli nie pokażę tego światu, będę kiedyś żałował”.

No i zaczęło się, miałem plan.

 Od minusa do zera

Pierwsze pytanie brzmiało: co robi muzyk? Odpowiedź: gra koncerty i wydaje płyty. Kolejne pytanie: czego mi brakuje? Żeby robić, którąś z tych rzeczy? Hmmm... wszystkiego? Mój głos nie brzmi, przy publicznej grze na gitarze mylę się niemiłosiernie, a do grania mojej muzyki najlepiej nadaje się gitara akustyczna, której nie mam. No to co? Do roboty.

Pierwszym najmniejszym krokiem, jaki mogłem wykonać było ustalenie stałych godzin ćwiczeń, co niezwłocznie uczyniłem, a gdy już grałem, ćwiczyłem więcej, kształtując świadomie umiejętności gitarowe. Przestałem brzdękać bez sensu, no dobra nie przestałem, ale ograniczyłem brzdękanie do minimum. Efektywność wykorzystanego, to był klucz do rozwoju, bo nie miałem możliwości ćwiczyć nie wiadomo jak długo, prowadzenie małej firmy wymaga sporo czasu. Poszukałem też warsztatów gitarowych. Od razu rzucił mi się w oczy „Festiwal Blues nad Bobrem” - zapisałem się.

Drugą rzeczą, którą się zająłem było kupienie gitary akustycznej. Oj też nie było łatwo. Gitar dla leworęcznych (czyli ze strunami zakładanymi na odwrót) jest mniej więcej 20 razy mniej niż tradycyjnych. Przeczytałem cały Internet dwa razy, wszystkie fora, wszystkie sklepy, allegro, amazon, strony producentów. WSZYSTKO! Co ciekawe, decyzji zakupowej dokonałem dosyć spontanicznie. Poszedłem do sklepu w moim rodzinnym Lublinie, bardzo spodobała mi się gitara słowackiej marki Dowina (swoją drogą fajna nazwa), oczywiście praworęczna, bo leworęcznych nie miał na stanie prawie nikt. Sprzedawca zadzwonił do dystrybutora marki na Polskę, który jak się okazało miał w ciągu kilku dni być u producenta. Co było najciekawsze, modelu, który mi zaproponowano, w ogóle nie było w Internecie w wersji leworęcznej, nawet na stronie producenta. A jednak istniał i dotarł do mnie. Przypadek? Nie sądzę 🙂 Zaopatrzony w nowe wiosło, pojechałem na wspomniane już warsztaty, który wpłynęły na mnie bardzo mocno. Ale o tym potem.

11Trzecim elementem był głos, znalazłem nauczycielkę i edukację w tym zakresie rozpocząłem od września. Na lekcje uczęszczałem regularnie prawie przez rok. Z zajęć na zajęcia słychać było progres. Co ciekawe, dzięki ćwiczeniom oddechowym, głos zmienił mi się nie tylko w śpiewaniu, ale nawet podczas mówienia. Samo przyszło? Nie, oprócz lekcji, poświęcałem ok. 2 godz. tygodniowo na ćwiczenia. To niedużo, ale wystarczyło do tego, aby słychać było wyraźnie systematyczną poprawę.

11 listopada 2013 roku zagrałem pierwszy próbny koncert dla znajomych.

Od zera do …

Z każdym koncertem, z każdą próbą, z każdym nowym doświadczeniem muzycznym uczyłem się więcej o tym, co jest ważne w muzyce, o tym jak brzmię, o tym co się podoba ludziom. Użycie czasu przeszłego jest tu nie do końca zasadne. Uczę się tego cały czas. Dlatego tym akapitem wypada skończyć historię. Tu zaczyna się teraźniejszość, kiedy piszę te słowa w przeddzień wydania pierwszej płyty. Tu zaczyna się przyszłość, która nie wiem co przyniesie.

 Marcin Kruk